Autor: Loonatyk (GamePress.pl) Data publikacji: poniedziałek 02 stycznia 2006
Koszmar rozpoczęło cienkie jak odwłok węża intro. Otóż przedstawiciele światowych mocarstw postanowili raz na zawsze zakończyć rozlew ludzkiej krwi na polach walki i zorganizowali nową formę „militarnej komunikacji” – lepiej usiądźcie – wyścigi. Widać logiczne jest, że Osama Bin Laden, którego rajdowiec przegra rywalizację od razu odda się w ręce Ameryki, a George Bush pokornie uzna wyższość Rosjan. Intro, nie dość że po prostu głupie, jest zrealizowane w formie komiksu. Autorzy najwyraźniej chcieli ukazać w nim ekspresje i emocje towarzyszące ich genialnej idei, ale w moim sercu zapanował dziwny niepokój – jeśli tak się zaczyna, to co będzie dalej?
Rozpoczynając nową grę musimy dokonać wyboru postaci – jest ich tutaj naprawdę wiele, chociaż ich nazwiska (za które odpowiedzialny był już polski dystrybutor) to próba śmieszenia na siłę. Bowiem kogo śmieszy taka Edyta Dolniak, przypisana do obrazka kobiety, która w żadnym stopniu nie przypomina ani pani Górniak, ani nawet jej karykatury, rysowanej piórem dziesięciolatka. Ktoś chciał błysnąć, ale zgasł.
Kolejna rzecz to konieczność zakupu samochodu – ich ilość jest satysfakcjonująca, aczkolwiek kilka z nich jest do siebie bardzo podobna. Są wśród nich budzące szacunek fury prosto z pola walki – m.in. amerykański Hummer, politowanie jak coś na kształt trabanta i ... jakby to orzekli ludzie z polskiego Playa – powodujący orgazm, poczciwy polski maluch. Dodatkowo 576 media (tak – to są właśnie autorzy kiczowatego Road to Fame, wydanego w Polsce za sprawą TopWare) daje nam możliwość przemalowania samochodu w zależności od upodobań oraz opcję upgrade’u kilku części bryczki, co oczywiście wpłynie na reprezentatywność i parametry. W momencie, gdy posiadamy już wyprawkę, możemy przenieść się do treningu lub otwartych zawodów.
Zasadniczo nie ma czego trenować, bo samochód prowadzi się bez większych trudności, zwłaszcza jeśli grałeś we wspomniane już Road to Fame (i jeśli chcesz sięgnąć po jeszcze to głęboko wątpię w pełnię zdrowia Twojego rozumu). Trening – tak jak wszystko w tej grze – kosztuje. Na dodatek możesz ćwiczyć tylko na odblokowanych wcześniej w trybie zawodów trasach. Początkowo do naszej dyspozycji oddany jest tor w bazie wojskowej w Niemczech oraz w Rosji. W wyniku zdobywania pieniędzy za udział w zawodach (a nagradzane są tylko pierwsze trzy miejsca) zyskujemy dostęp do kolejnych aren. Tych jest w sumie dwadzieścia, ale na każdej mamy do dyspozycji po kilka rodzajów wyścigów. Przeważnie jest to jazda na czas oraz wyścigi z przeciwnikami, podzielone na dwa rodzaje trudności, w zależności od ich umiejętności.
Trasy, na których rywalizujemy są całkiem pomysłowe, aczkolwiek już po kilku etapach zaczynają odrzucać schematycznością. Dochodzi do tego, że niektóre minimalnie różnią się od siebie kształtem i otoczeniem. Gra się wtedy mniej więcej tak, jak prowadzi samochód po dwóch zarwanych (nad podręcznikiem do fizyki kwantowej) nockach – automatycznie. Ścigamy się na obiektach, które w jakikolwiek sposób można sklasyfikować jako użyteczne militarnie – bazy wojskowe, platformy wiertnicze, porty, lotniska, magazyny i temu podobne. Do tego Army Racer zawiera kilka ukrytych tras, które mają być odskocznią od codziennych zmagań. Nie są.
Sam wyścig okazuje się trudnym wyzwaniem. Spodziewałem się czegoś łatwiejszego, natomiast przeciwnicy już na samym początku dysponują zdecydowanie lepszą maszynerią i by ich pokonać trzeba naprawdę mocno kombinować przy składaniu i zakupie samochodu, a na dodatek opanować trasę do perfekcji. Jazda w tej grze co prawda nic z realizmem nic wspólnego mieć nie może, ale samochód pod wpływem naszych komend zachowuje się w miarę grzecznie. Do tego standardowa opcja zmiany kamery – jej kąta nachylenia nad samochodem oraz z wnętrza, chociaż takie możliwości to standard, więc nie wiem czy można nazwać to zaletą gry.