Autor: S4jm0n Data publikacji: wtorek 22 lutego 2005
Colin McRae – postać znana chyba wszystkim fanom motoryzacji i nie tylko. Jego nazwiskiem była sygnowana także jedna z najlepszych gier rajdowych. Była…bo o piątej części z tej serii nie możemy tego powiedzieć. Polityka Codemasters jest bardzo podobna do wyścigu rajdowego – pierwszą częścią podbili rynek, nie oglądając się na boki mknęli do przodu przez zakręty z maksymalną prędkością wydając część drugą, która na owe czasy była fenomenalna i wciąż taka pozostaje, na jednym z łuków najwyraźniej jednak kodziarze wypadli z trasy i wydali beznadziejną część trzecią, która rozczarowała wszystkich fanów tej serii. Mistrzowie kodu szybko się pozbierali i wrzucili najwyższy bieg wydając część 4, która była tak naprawdę wciąż grywaną częścią 2 w nowej szacie. Idąc za ciosem…i najwyraźniej za zapachem pieniędzy twórcy Colina postanowili w pół roku przygotować kolejną część. W tak krótkim czasie można co najwyżej zepsuć aniżeli poprawić – rozkręcić samochód i nie zdążyć go złożyć. Pierwsza rzecz, którą przeklinamy już od początku to sterowanie. Czynnik, dzięki któremu jakby nie było gra Colin McRae odniosła sukces, tutaj został potraktowany po macoszemu. Jadąc jakimkolwiek autem mamy wrażenie, że sterujemy dużym, drewnianym klockiem na czterech kółkach, a nie nowoczesną maszyną WRC z napędem na wszystkie koła i aktywnymi dyframi. Przez jakiś czas gracz rozróznia tylko „drogę” i „teren poza nią”. Po pewnym czasie oczywiście idzie się przyzwyczaić i zaczynamy przed zakrętami ustawiać się po lewej czy to prawej stronie drogi, poślizgi kontrolujemy, a jadąc po poboczu omijamy znaki i drzewa. Omijamy choć wcale nie zawsze musimy. W porównaniu do części czwartej, tutaj jadąc z odpowiednio dużą szybkością, przydrożne znaki i słupki skosimy z niewielkim odchyleniem od toru jazdy. A co z drzewami ? Te wciąż pozostają „nieczułe” na nasze zabawy w drwala…no może nie do końca bo po uderzeniu ujrzymy parę spadających listków, a niewielkie krzewy trochę nas tylko przyhamują. A w kosiarza znaków i małych krzaczków możemy bawić się w 9 krajach. Do rajdów Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Grecji, USA, Japonii, Szwecji, Australii i Finlandii został dodany rajd Niemiec wraz z osadzonym w nim odcinkiem pokazowym, które są jeszcze tylko w USA, Japonii i Szwecji. Trzeba przyznać, że trasy w Niemczech są ciekawe i dość zróżnicowane. Wyjeżdżając z szutrów w lesie trafimy na asfalt i płyty betonowe, które ciągną się wzdłuż niemieckich wiejskich krajobrazów, a te są naprawdę ładne. W Australii czujemy wysoką temperaturę, słońce świeci nam po oczach, a kurz ciągnie się za samochodem przez cały czas. W Szwecji natomiast wszędzie biało aż po horyzont. Kibice opatuleni stoją przy barierkach podziwiając auta jadące… prosto na nich. Na niektórych trasach rozmieszczenie kibiców jest wręcz idiotyczne i często powodowało u mnie pianę na ustach. Czasem nie sposób nie wjechać w nich jeśli stoją po zewnętrznej zakrętu ! Wtedy pozycja auta jest resetowana, a my tracimy cenne sekundy. Sekundy, które i tak pewnie odrobimy, bo na normalnym poziomie trudności przejście całej Kariery nie jest trudnym wyczynem. Dopiero gdy przestawimy go na „wysoki” zaczynają się schody w przechodzeniu poszczególnych szczebli kariery, która jak gwarantują napisy na pudełku, jest nieliniowa. Bo jest, tyle że aby ścigać się w rajdach o wyższej randze musimy zdobyć punkty w rajdach o niższego stopnia co sprowadza się do tego, że i tak podczas tych 12 godzin, bo średnio właśnie tyle potrzeba czasu na przejście tego trybu, weźmiemy udział w prawie wszystkich imprezach jakie są na drzewku naszej kariery. No ale tylko w ten sposób możemy odblokować wszystkie samochody (nie licząc kodów), a jest ich naprawdę dużo za co należy się spory plus.