Autor: Game Press Data publikacji: wtorek 21 września 2004
Ja, jako nie jedyny w redakcji wielki znawca i fan zabugowanych, zrąbanych, niskobudżetowych gier wyścigowych postanowiłem zrecenzować kolejny produkt wydany przez sklep wysyłkowy Play. Tym razem wybór padł na Monster Truck Fury. Gra zaciekawiła mnie tym, że bierzemy udział w wyścigach maszyn z ogromnymi kołami, a tego już dawno nie było...
"Gra samochodowa, w której masz możliwość sprawdzić się jako kierowca odlotowych olbrzymów! Zasiądź w monstrualnym samochodzie i wciskaj gaz do dechy! Przejedź przez Arizonę, Grand Canyon, Pustynię itd. 6 monstrualnych wehikułów. Rozwalaj i niszcz stojące na Twojej drodze samochody." Tak brzmi tekst reklamowy Monster Truck Fury. Trzeba przyznać, że jest kiepski - tak jak sama gra.
Przybyłem, zobaczyłem i się upiłem
Nie muszę chyba już opisywać czym jest MTF, zawarte jest to wszystko w tekście reklamowym. Zawiera on jednak błąd - zamiast sześciu wozów dostępnych jest aż siedem.
Po odpaleniu gry ukazało się całkiem zgrabne menu. Przeszedłem do ekranu wyboru trybu rozgrywki, a jest ich kilka. Znalazłem wyścig przez checkpointy, niszczenie samochodów oraz najprostszą jazdę po wyznaczonej trasie. Odpaliłem pierwszy z nich. Wybrałem wóz i jedną z kilku tras, a te nie były zbyt różnorodne. Wszystkie zlokalizowane są na pustyniach. Jedna jest bardzo wkurzająca, mianowicie Grand Canyon, gdzie na środku mapy jest owy kanion i przez cały czas do niego wpadałem, bo myślałem, że to tylko "łagodny zjazd".
Coś mnie strzyka, coś mnie łupie. Chyba mam coś w zadku
Po odpaleniu właściwej gry zaczął się płacz, lament, wymachiwanie rękami na wszystkie strony i boksowanie monitora. Czasami, aż się chciało stepować na płonącej linie, śpiewać przeboje Ich Troje, żonglując przy tym kulami do kręgli i kurzymi jajkami, tak, aby w locie nie można było ich rozróżnić. Jednak jako, że jestem twardy, wytrzymałem do końca, śpiewając przeboje Blue Cafe. Całe to zamieszanie zostało wywołane przez ohydną grafikę, którą ujrzały me żądne krwi oczęta. Jeżeli do podłoża można było się przyzwyczaić, to do beznadziejnie nałożonych bitmap już nie. Po puszczeniu kilku pawi przez prawe ramię, zacząłem jechać. Z grafiką może troszeczkę (może nawet bardzo?) przesadzam, ale ta była naprawdę okropna, szczególnie jak na dzisiejsze możliwości komputerów. Gdyby wyszła w 2000 roku, można by ją porównać do Autostrady Race, a to nie lada wyczyn.
Spokojnie z tą siekierą, Eugeniuszu
Nie, nie pobiegłem do szopy po siekierę, nie chciało mi się. Po rozpoczęciu jazdy zdziwiłem się, a zarazem przestraszyłem. Bałem się tego, że jeżdżenie nawet mi się podobało (jako pokutę dałem sobie później pięćdziesiąt uderzeń otwartą dłonią po twarzy). A trzeba przyznać autorom plusa, za to, że w dwóch pierwszych trybach można jeździć po całej mapie, a nie tylko po wyznaczonej trasie. Jednak to, co się na niej znajdowało pozostawiało dużo do życzenia.
Na przykład samochody stojące tu i ówdzie. Wyglądają jak, jak... no nie wiem jak, ale w każdym razie nie jak samochody, które by mogły stać na pustyni. Dalej były drzewa, ale te wyglądały tak fatalnie, że mój dywan schował się pod łóżko. Na jednej z map obok - mówiąc dosłownie - brzydkiego domu stały jakieś brązowe kamienie. Podjechałem, poczekałem trochę, zacząłem trąbić, a te nic. No więc z baśki takiego zdzieliłem, a ten... zaczął muczeć! Jak się okazało to nie były kamienie tylko bizony (!). Gdyby nie to że muczały (bizoniły?) nie wiedziałbym, że to żywe zwierzęta (bo w ogóle się nie ruszają, może po prostu śpią? Ale jakby się tak przypatrzeć, to ich mordy przypominają twarz Caleba…). Na innej zaś mapie spotkałem tak samo stateczne kurczaki, a to było już przegięcie!