Recenzje

Recenzja FlatOut 2

Wprowadzenie

Pierwszy FlatOut był dla mnie prawdziwym objawieniem. Po tych wszystkich pseudo-realistycznych, sztywnych wyścigach wreszcie mogłem się rozerwać. Mogłem zapomnieć o hamulcach, zapinaniu pasów i niezniszczalnych przeszkodach terenowych. To były szczęśliwe chwile, spędzone w świecie niczym nieograniczonej demolki…

Słowem Wstępu…

Zapewne wielu fanom starego dobrego Destruction Derby łezka zakręciła się w oku. Ale przecież to recenzja FlatOuta 2, a ja mam jeszcze sporo do powiedzenia na temat pierwszej części… Czas na trochę konkretów: po pierwsze, gra miała doskonałą fizykę, recenzenci przyrównywali ją nawet do osławionego Half Life’a 2. Poza tym, przy poważniejszych kraksach(o które nietrudno, bo model jazdy był bardzo przyjemny, ale zarazem realistyczny) kierowcy wylatywali z impetem przez przednią szybę (!). Na dokładkę fantazyjne mini-gierki (skok wzwyż, demolition derby, skok w dal, kręgle, bullseye itd.) w których rzucaliśmy naszym driverem i świetna, rockowa ścieżka dźwiękowa… oczekiwania względem kolejnej części serii były więc ogromne. Jak Bugbear poradził sobie z wyzwaniem? Odpowiedź znajdziesz poniżej…

Pierwsze wrażenie

Premiera gry nie była zbyt głośnym wydarzeniem (w każdym razie w Polsce). Niefortunny był też moment debiutu na rynku – niemal równy z premierą Need for Speed Carbon. Pewnie dlatego też kampania promocyjna sprowadziła się do kilku reklam w prasie… Pewnie dlatego cena nie jest zbyt wygórowana – jedyne 50 złotych, co bardzo cieszy w czasach, gdy premiery głośnych tytułów rzadko kiedy kosztują mniej niż 100 złociszy… No ale ileż można pisać o okolicznościach premiery? Przejdę do samej gry. Na okładce zapakowanego w kartonik pudełka DVD rozwalona sportowa bryka szybuje nad drogą, na której rozwala się kilka innych wozów.

Na miłośnikach mega wypasionych fur nie zrobi to pewnie zbyt dobrego wrażenia… i bardzo dobrze, bowiem po pierwszych kilkuset metrach samochody wyglądają jak po bliskim spotkaniu z osiemnastokołowym tirem… W opakowaniu, prócz DVD-ka z grą i małej instrukcji, znajdziemy też znak firmowy CD Projekt – mały kartonik z kodem na 15 wPLN-ów (mowa o wirtualnej walucie CDP, która daje nam bardzo korzystne zniżki w sklepie gram.pl). W trakcie instalacji pobieżnie przejrzałem instrukcję. Twórcy zachęcają nas w niej, byśmy „uderzyli w drogę”, co jest wyjątkowo koślawym tłumaczeniem angielskiego „hit the road”. O niebo lepiej prezentowałoby się choćby „wbijaj na drogę”. Prócz tego zauważyłem, że w różnych podrozdziałach, tryb „Derby Destruction” nazywany jest „Derby Demolka” lub „Derby Destrukcja”. Drobne błędy, ale na tych 15 stronach nie powinno być ich w ogóle…

Odjazd! Eee… zapomniałeś zatankować?

Niezrażony instrukcją, wreszcie uruchomiłem grę. Na wstępie przywitało mnie świetne, dymaniczne, ale niestety trochę przydługie intro, pokazujące kolejno wszystkie tryby rozgrywki. Na dobry początek postanowiłem rozegrać pojedynczy wyścig samochodem z klasy Derby, nieco przypominającym wehikuł ze słynnego Mad Maxa. Kręta trasa biegła przez zalesioną, górską drogę. No nie… chyba nie będę musiał używać hamulców? – zapytałem w myślach. Na pierwszym ostrym zakręcie profilaktycznie wcisnąłem spację.

Wszyscy kierowcy wyprzedzili mnie, ale za to miałem wspaniały widok na piekło rozgrywające się na zakręcie… wozy zderzały się ze sobą, jeden wyleciał w powietrze wykonując efektowny piruet. Piękne odłamki szyb, zderzaki, metalowe barierki, słupki, porozrzucane po drodze kamienie… wszystko to zakotłowało się w szaleńczym tańcu destrukcji… Widok zapierał dech w piersiach: wozy, ocierając się o siebie, wzniecały snopy iskier, zaś boksujące koła wzbijały w powietrze tumany pięknego kurzu. I wtem… czar prysł. Wozy wyjechały na prostą obijając się o siebie i ruszyły dalej, zostawiając mnie na środku drogi z opadniętą szczęką. Niestety zapomniałem zdjąć nogę z gazu i wylądowałem poza trasą – wbity w drzewo…

Jedziemy dalej

Jak się okazało, opisana powyżej scena była jedynie wstępem do wielkiej demolki, jaką w istocie jest FlatOut 2. Podczas wyścigów pragnienie rozwalenia konkurentów, a najlepiej także wszystkiego naokoło, jest mocniejsza nawet od chęci dojechania na metę jako pierwszy. I zapewniam – udana rozwałka i zajęcie choćby i ostatniego miejsca, jest o wiele przyjemniejsze niż wygrana dzięki idealnemu przejechaniu toru, bez choćby jednej stłuczki. Ma to swoje odzwierciedlenie nawet w ilościach kasy otrzymywanej po wyścigu – nagrody za rozwalenie największej ilości elementów otoczenia, wyrządzenie jak największych szkód przeciwnikom itp. są często wielokrotnie wyższe, niż nagroda za zajęcie pierwszego miejsca.

Model jazdy

Zdecydowanie bardziej arcade’owy (zręcznościowy), niż w poprzedniej części. Gra zaczyna niebezpiecznie przypominać swojego największego konsolowego konkurenta – Burnouta 3. Samochody są dużo bardziej żwawe, a jednocześnie łatwiej nad nimi zapanować. Walnięcie w ścianę, choćby i z dużą prędkością, nie musi oznaczać lotu przez szybę – wystarczy wcisnąć R i od razu pojawiamy się na torze z rozsądną prędkością 70 km/h i chwilową nietykalnością. Gdy z jakiegoś powodu zacznie koziołkować/robić piruety w powietrzu (a zdarza się to całkiem często) nie trzeba się martwić o powrót na tor – bardzo często model jazdy jakby „troszkę” nam pomaga i w naturalny sposób wyprowadza samochód na prostą. Ingerencja tego „wspomagania jazdy” jest ledwo odczuwalna. Bardzo dobry pomysł, nie tylko dla początkujących. Wiecie przecież, jak frustrujące jest, gdy na ostatnim okrążeniu jeden mały błąd eliminuje Was z wyścigu…

Tu nie uświadczycie tej frustracji. Wspomnianą „arcade’owość” gry, widać też w konstrukcji torów. Naprawdę mało jest tu przeszkód, które, po walnięciu w nie, nie naprowadzałyby cię z powrotem na tor. Ogólnie rzecz biorąc, mi zmiany w modelu jazdy bardzo się spodobały, chociaż oczywiście zależy to od osobistych preferencji każdego gracza.

Wozy

Przede wszystkim jest ich mnóstwo. Kilkadziesiąt fur, od małego, przypominającego malucha Peppera, aż po sportowego, lśniącego Road Kinga. Niestety twórcy nie uzyskali licencji na wykorzystanie w grze prawdziwych fur i, szczerze mówiąc, wcale mnie to nie dziwi. Dlaczego? Koncerny dbają o wizerunek swoich samochodów. Ostatnimi czasy największym atutem stała się ilość gwiazdek w testach NCAP. A czy odbiorcy, po obejrzeniu efektownej kraksy, w której wóz zwija się w harmonijkę, a kierowca wylatuje przez przednią szybę i z bolesnym plaśnięciem uderza w betonową ścianę, z poczuciem bezpieczeństwa zasiądą za kierownicą takiego wozu? Przecież nawet drobne rysy, stłuczenia i „pajączki” na szybach nie mogły pojawić się w Need for Speed Underground właśnie z tych powodów.

Tymczasem we Flatoucie model zniszczeń przyprawia o zawrót głowy. Wszystkie te wgniecenia, odpadające części, rozbijane szyby wyglądają tak realistycznie… zresztą popatrzcie na screenshoty. Ale niepotrzebnie oddaliłem się od tematu. Przejdę do konkretów. wozy podzielone są na 3 kategorie, od najsłabszych, rozwalających się, zardzewiałych gruchotów (Derby), poprzez stare samochody przystosowane do ścigania się (Wyścigowe), aż po nowiutkie, lśniące fury (ekhem… są to samochody „uliczne”). Twórcy nie ograniczyli się, tak jak w poprzedniej części, do typowych „Amerykańskich Wozów” (Muscle Carów) w typie Forda Mustanga. Teraz mamy do dyspozycji cały wachlarz bardzo różnorodnych maszyn. Prócz tych standardowych wozów, twórcy gry oddają nam do dyspozycji także auta przystosowane do szalonych mini gierek. Napiszę tylko, że to samochody z gigantycznymi silnikami rakietowymi rodem z samolotów odrzutowych. Prócz tego jest też kilka bonusowych wózków do odblokowania: Flatmobile (parodia Batmobilu), autobus szkolny itd.

Trasy

Jest ich całkiem sporo, wszystkie rozgrywają się w jednej z 6 scenerii: na górskich drogach, w typowej amerykańskiej wsi w czasie jesieni (pora żniw), na pustyni, w mieście, w miejskich kanałach powodziowych i wreszcie na starych, odremontowanych torach rajdowych. Nie powiem, gra nieraz oferuje naprawdę piękne widoczki, skutecznie odciągające gracza od samego wyścigu. Same trasy to prawdziwy majstersztyk. Wszystkie, co do jednej, zaprojektowane z niesamowita pomysłowością, tak, by dostarczały graczowi jak największej dawki adrenaliny.

Jak w pierwszej części, po trasach i wokół nich porozrzucane jest mnóstwo różnego rodzaju przedmiotów, jednak rozmieszczono je z taką pieczołowitością, że wygląda to zupełnie naturalnie. Dodano mnóstwo różnych ciekawych niespodzianek, jak np. lawiny, walące się mosty(zarówno na głowy driverów, jak i pod kołami ich wozów) i wiele innych. Prócz zwykłych elementów toru, czasem napotkamy jeszcze na takie atrakcje jak wybuchające stacje benzynowe, samoloty, gigantyczne szklarnie (które należy rozwalić, a jakże!). Swoją drogą kaskady rozbitego szkła wyglądają naprawdę imponująco) całe pasaże sklepów (przez które, niczym w sławnym filmie Blues Brothers, możemy przejechać, wszystko dokładnie rozwalając), a nawet wielkie centra handlowe! Bardzo fajne jest też to, że trasy pełne są skrótów, skoczni, alternatywnych dróg itp., przez co po jednym wyścigu znamy zaledwie małą część dostępnych dróg.

Przeciwnicy

W przeciwieństwie do większości gier wyścigowych, we FlatOut przeciwnicy nie są tylko samochodami z przyciemnianymi szybami. Tutaj każdy pojedynczy oponent ma własny charakter, styl jazdy itp. Co więcej, widać to nie tylko na papierze. John Malkov, cytuję z pamięci:”był zawodowym kierowcą rajdowym, ale stłuczki przytępiły jego zmysły. Zdarzają mu się chaotyczne zachowania”. I rzeczywiście: czasem facet ma przebłyski, ale najczęściej ładuje tam gdzie nie trzeba i w końcu prawie zawsze ląduje na mecie ostatni. Z kolei Sally Tylor to lekkomyślna dziewczyna: jeśli wypchniemy ją z toru, możemy być pewni, że za chwilę wróci i właduje się w nas przy najbliższej sposobności. Dzięki temu wiadomo kogo unikać, z kim nie zadzierać itd. Dodaje to wyścigom przyjemnej pikanterii. Taka otoczka bardzo przydaje się w budowaniu klimatu gry.

Fizyka

Jest jeszcze lepsza niż w pierwszej części. Odpowiednio przypisano ciężar, przez co, w pierwszej części, niektóre przedmioty latały w bardzo nienaturalny sposób. Teraz wszystko jest nieco mniej realistyczne, ale bardzo efektowne. Da się też zwalić słupy elektryczne, znacznie mniej obiektów jest niezniszczalne. Niestety fizyka czasem daje ostro popalić. Nieraz jednym porządnym walnięciem usuniesz sobie z drogi wrak samochodu, ale dachowanie może spowodować nawet beczka, kamień, czy kosz na śmieci. Denerwujące.

Oprawa…

Zacznę od tego, że gra nie miała prawa uruchomić się na moim komputerze. Na pudełku, jak i na oficjalnej stronie producenta, w rubryczce minimalnych wymagań, wyraźnie widnieje „Radeon 9600 lub wyższy”, tymczasem… ja mam Radeona 9000. Owszem, z początku gra rzeczywiście nie chciała się uruchomić, ale ściągnięcie pewnego małego (1mb) pliku DLL i wpakowanie go do folderu Windows/system, załatwiło sprawę… a gra hula w maksymalnych ustawieniach i rozdzielczości 1024×786. Ponadto wygląda świetnie: ostre jak brzytwa tekstury, modele wozów składające się z tysięcy wielokątów (i ten model zniszczeń!), refleksy i odbicia na błyszczącej karoserii… Do szczęścia brakowało mi tylko świetnego efektu przy używaniu nitro z „jedynki”, oraz nieco wyraźniejszego rozmycia, gdyż obecnie jest ono niemal niedostrzegalne. Poza tym, do oprawy nie mam żadnych zastrzeżeń. Gra jest świetnie zoptymalizowana – wielki plus.

Man or animal? I don’t care at all

Co do wszelkich odgłosów silników itd. Nie mam żadnych zastrzeżeń, zresztą moje liche głośniki i zintegrowana karta muzyczna nie uprawniają mnie do wypowiadania się na temat ich jakości. Kilka słów mam natomiast do powiedzenia w temacie muzyki. Jest doskonała. Dominuje szybki rock, ale znalazło się też kilka cięższych kawałków. W soundtracku pomieszano mało znanych, ale świetnych wykonawców z bardzo znanymi zespołami, takimi jak na przykład Audioslave, czy Rob Zombie. Kilka utworów spodobało mi się na tyle, że zdecydowałem się umieścić tu linki do klipów na www.youtube.com.
Supergrass – Richard III http://youtube.com/watch?v=Hg_4ewpB-88
Rob Zombie – I feel so numb http://youtube.com/watch?v=GrAGlgzHwy0
Audioslave – Men or animal http://youtube.com/watch?v=pUcDXVTRenA (teledysku nie znalazłem, ale za to jest filmik z gry:)

Zabójcze minigierki

Prócz zwykłych wyścigów, do dyspozycji mamy też masę mini-gierek. Bardzo usprawniono je względem pierwszej części: są bardziej wymagające i ciekawsze. Prócz klasycznych Destruction Derby, kręgli, skoku wzwyż itd., mamy też masę nowości, że wymienię choćby skok przez ogniste kręgi. Aha… zapomniałbym. Nie skaczemy wzwyż wozem, nie przewracamy kręgli wozem, nie skaczemy wozem przez ogniste kręgi. Robimy to kierowcą…

SP lepszy niż MP?

Będzie krótko: nie spełnił moich oczekiwań. Zdecydowanie mniej przyjemny od trybu single, gdyż gracze rezygnują z radosnej rozwałki na rzecz drugiego miejsca i na złamanie karku pędzą do mety. Gdzie tu zabawa, w samotnym przejeżdżaniu całego toru? Gdzie interakcja między graczami, pytam się?! Gwoli kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze, że na LANie, z kolegą o zbliżonym poziomie umiejętności grało się świetnie.

Podsumowując…

FlatOut 2 to kawał rzetelnej roboty, świetna ścigałka na długie zimowe wieczory. Kilka drobnych wad w ogóle nie psuje przyjemności płynącej z rozgrywki. Zapewnia mnóstwo frajdy, bez względu na to, czy jesteś weteranem wszystkich Colinów, czy dopiero zaczynasz przygodę z grami… Jeśli FlatOut porównywany był do Half Life’a 2, to – analogicznie – dwójka winna być przyrównywana do trzeciej części słynnej serii o Gordonie. I, jak Boga kocham, jeśliby Half Life 3 był taką strzelanką jak FlatOut 2 ścigałką, to nie zawiódłby moich oczekiwań.:)


FlatOut 2


Bugbear Ent.

CD-Projekt


P4 2GHz, 256MB RAM, akcelerator 64MB


oprawa audio/video


fizyka


grywalność


cena


brak porządnej kamery zza kierownicy


powtarzające się trasy

Ocena: 87 km/h

0 0 głos
Oceń artykuł
Podziel się:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments